czwartek, 1 maja 2014

Rozdział 10





Kolejny ranek w tym wielkim domu. Już mnie nie przytłacza. Biel ścian nie przeraża, a szerokie korytarze nie stwarzają uczucia samotności. Przyzwyczaiłam się do tego, że to mój dom.
Zeszłam na dół jednak nikogo tam nie zastałam .Znalazłam jedynie kartkę na lodówce

„Mam nadzieję, że się wyspałaś. Zająłem się wszystkim. Kocham cię. Niall xx”

Jakie to słodkie – pomyślałam. Kiedy popatrzyłam na zegarek okazało się, że dochodzi 12. Chłopcy niedługo wracają, więc zrobię im niespodziankę i zrobię coś dobrego do jedzenia.

Kiedy właśnie wyjmowałam ulubione ciasto chłopaków z piekarnika, o wilku mowa, wpadli do domu śmiejąc się jak zawsze.
Kiedy na nich popatrzyłam to ogarnęło mnie wewnętrzne zadowolenie. Po prostu szczęście. Kochałam ich najmocniej do świecie. Nic nigdy tego nie zmieni, bo kiedy się kogoś kocha, to nigdy nie jest skończone. Żyje się dalej, bo tak trzeba, ale nosi się tę osobę w sercu. Ja wiedziałam, że oni w moim pozostaną już na zawsze. Choćby nie wiem co.

Jednak był z nimi ktoś jeszcze. Ktoś nowy. Wiedziałam od samego początku, gdy tylko ją zobaczyłam,  że nie wróży ona nic dobrego.

Śliczna blondynka w przykrótkiej spódniczce i zbyt wyciętym jak dla mnie topie szła z kocią gracją obok mojego blondyna. Trzymał ją za rękę. Splótł swoje palce razem z jej i zacisną. W tym samym momencie ja poczułam jak coś zaciska mi się na gardle. 
Jednak udawałam, że jej nie zauważyłam. 

- Hej Rose! Chciałbym ci kogoś przedstawić. – Zawołał podbiegając do mnie z tą lasią. – Poznaj Emily. Pamiętasz jak o niej Ci mówiłem? – Od niechcenia uścisnęłam jej dłoń, i uśmiechnęłam się krzywo, jednak ona to kupiła. 

- Jesteśmy razem – obwieściła mi Emily, a ja zbladłam

- Wszystko w porządku? – zapytał z troską Niall.

- Tak, myślę, że jestem  po prostu zmęczona. Nie spałam dziś zbyt dobrze. – skłamałam. Tak naprawdę moje życie po prosty straciło sens.

- Może się położysz? –zaproponował z troską na twarzy. O niczym nawet nie wiedział.

- Nie. Muszę się spakować, pamiętasz? Wyjeżdżam w odwiedziny do brata. Mówiłam ci o tym wczoraj. – przypomniałam mu. Chciałam po prostu stamtąd zniknąć

- Oh no tak. Czy w takim razie Emily mogła by zająć twój pokój na kilka dni? – zapytał.

Nie mogłam uwierzyć, że zapytał mnie o coś takiego. 
Myślałam, że byłam dla niego kimś więcej. Jednak myliłam się. W jego oczach byłam tylko przyjaciółką. Nie miał zielonego pojęcia co dzieje się w mojej głowie kiedy jest obok. Był moim słoneczkiem. Moim wszystkim. Tylko on trzymał mnie na tym świecie. Nie mogłam go stracić. Mogłabym pójść za nim gdziekolwiek.

Poszłam do pokoju nie zdradzając nikomu co właśnie dzieje się w mojej głowie.
 Czy to właśnie jest ta gonitwa myśli? Nie mogłam się na niczym skupić. Ręce mi się trzęsły. Bałam się. Bałam się, że go stracę. 

Przed wyjazdem pożegnałam się z nim na lotnisku. Nie tak jak zawsze. Tym razem ONA tu była. Nie czułam się dobrze zostawiając go z nią, ale z drugiej strony nie mogłam powiedzieć mu prawdy – że byłam w nim najzwyczajniej w świecie zakochana.
 Nie chciałam niczego zepsuć. Obchodziłam się z nim jak z delikatną porcelanową figurką, która może się stłuc, Kidy tylko wykonam niewłaściwy ruch.

Kiedy już wróciłam na lotnisku byli wszyscy – wszyscy oprócz jednej osoby, tej najważniejszej. 

- Gdzie Niall? - zapytałam zawiedziona. 

- Umówił się z Emily. – Powiedział Harry akcentując złośliwie jej imię. Doskonale wiedział jakie są moje uczucia wobec niej i wykorzystywał to, żeby mnie skrzywdzić. Ale to nie on mnie krzywdził. Niall mnie krzywdził. Nawet o tym nie wiedział. 

Chciałabym, żeby się rozpadało. Chciałam tu mieć największą burzę jaką widziało to miejsce. Nie chce tego czuć tylko w środku. Deszcz nieustannie pada w mojej pamięci. Czasem pojawiają się tylko przebłyski szczęścia a chwile po nich złośliwy śmiech Emily. Jak echo odbija się w mojej głowie rozsadzając ją od środka. 

Było mi już obojętne co się stanie ze mną. Chciałam już tylko zasnąć, jednak nie pozwalało mi ciągłe uczucie zimna i ciężkości. Zupełnie jakby całe życie ze mnie uleciało. Może na zewnątrz żyłam, ale w środku byłam już martwa. 

Najgorsze uczucie na świecie? Kiedy kochasz kogoś kto nigdy nie patrzyła na Ciebie w ten sposób, kto jest szczęśliwy, ale nie z Tobą. 

Siedziałam cicho w pokoju. Było około drugiej nad ranem, a ja wciąż nie mogłam zasnąć. Chciałam tylko jednego – zniknąć. Wiedziałam jednak, że gdy to zrobię, stracę ostatnią szansę na uratowanie tego.  Tego chciałam najbardziej, być przy nim.

Otworzyłam swój pamiętnik i napisałam na górze strony. 

So many questions
But I'm talking to myself
I know that you can't hear me any more
Not anymore
So much to tell you...

Po mojej twarzy ściekło kilka łez jedna za drugą. 
Nie umiałam już ich powstrzymać. 
Spadały na kartkę jedna po drugiej rozmazując niektóre słowa.
 Przekręciłam na ostatnią stronę. 
Była tam.
 Zawsze tam była. 
Wzięłam ją do ręki i trzymałam na dłoni nie wiedząc czy chce to zrobić.


Zacisnęłam mocniej pięść co spowodowało, że na bladej ręce pojawiły się fioletowe żyły
 Jednym szybkim ruchem przejechałam po całej szerokości ręki.
I jeszcze raz.
 Zrobiłam to jeszcze kilka razy. 
Czułam jak cały ból uleciał ze mnie. 
Poczułam ulgę kiedy pojedyncze krople krwi łączyły się ze łzami, które przemoczyły kartkę. 
Posiedziałam tam kilka minut pilnując uważnie, żeby niczego nie poplamić i nie zostawić śladów. Nikt nie może się dowiedzieć, że znów to zrobiłam.
 Nikt. 
Szczególnie on.
Nagle ogarnęło mnie zmęczenie.
 Spadło na mnie tak nieoczekiwanie.
 Moja głowa zrobiła się ciężka.
 Mogłam zasnąć.
 Nareszcie. 
Jednak martwiło mnie jedno.
To, że jurto znów muszę przez to przejść.

WIELKI POWRÓT!

Dziękuję pewnej osobie, która natchneła mnie do napisania następnego rozdziału!
Wpadłam na pomysł, nastrój i wena jest, więc czas zabrać się do pisania!
Nowy rozdział jeszcze dziś wieczorem, może za ok. 1-2 godzinki.