Rozdział
7
***
Patrzyłam
ze smutkiem jak odjeżdża. Szkoda, że musiał już jechać. Ma swoje sprawy, swoje
życie. Nie mogę oczekiwać, że zmieni wszystko dla jakiejś przypadkowej laski.
Jestem tylko przelotną chwilą radości w jego życiu. Pewnie już za kilka dni nie
będzie pamiętał mojego imienia, a potem zapomni o mnie zupełnie.
Robiło
się już ciemno. Poszłam się ogarnąć. Nadal szumiało mi w głowie, a następnego
dnia miałam szkołę. Nie wiem jak ja to przeżyję. Kiedy kładłam się spać,
myślałam o całym tym zdarzeniu. O dzisiejszym dniu i o tym czy jeszcze kiedyś
się spotkamy. Czy będę mogła poczuć się przy nim tak wspaniale jeszcze raz?
Myślałam
o tych wszystkich chwilach a po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Tym razem była to łza
szczęścia.
Zasnęłam
z uczuciem, które nie gości nigdy w moim życiu – z nadzieją na lepsze jutro.
***
W
środku nocy poczułam straszny ból na prawej dłoni wystającej poza brzeg łóżka.
Skierowałam twarz w stronę pokoju i poczułam nie przyjemne ciepło na twarzy.
Cały
dom płoną.
Nie
wiedziałam co robić. Zabrałam co się dało. Wszystkie moje rzeczy, wspomnienia….
spłonęły. Obudziłam domowników szukając nerwowo telefonu w mojej torbie. Nie
mogłam go znaleźć. Biegłam korytarzem kiedy usłyszałam straszny huk za moimi
plecami.
Dom
zaczął się rozpadać.
Stałam
na drodze patrząc, jak ginie wszystko z czym byłam związana. Uratowałam tylko
kilka zdjęć, ubrań i mój pamiętnik. Była w nim opisana większa część mojego
życia.
Kiedy
w końcu udało mi się dodzwonić do straży pożarnej było już za późno. Wszystko
zostało zniszczone.
Noc
spędziliśmy w remizie. Musimy znaleźć sobie nowy dom.
-
Nie wiem jak ty, ale dla mnie to znak. – David zawsze był bardzo przesądny.
-
A ty znowu swoje – powiedziałam po cichu patrząc w przestrzeń.
-
Ja wracam do Polski, a ty wracasz ze mną.- oznajmił twardo.
-
Co ? – nie mogłam uwierzyć w jego słowa.
-
Nigdzie z Toba nie jadę jasne ? Zostaje tutaj, nawet jeśli to by oznaczało
spanie na ulicy. - nie miałam zamiaru
dać za wygraną.
-
Jak chcesz. – rzucił z rezygnacją zbierając ocalone rzeczy z podłogi.
Wyszedł.
Zostawił mnie.
Zostałam
całkiem sama, bez domu. Nie miałam gdzie się podziać.
Wybiegłam z budynku.
Przebiegałam przez ulicę, kiedy jakiś idiota mnie potrącił.
Straciłam
przytomność. Ostatnie co pamiętam, to krew spływająca z mojej głowy na asfalt.
***
Obudziłam
się w szpitalu. Biel pokoju raziła mnie po oczach. Miałam bandaże na większej
części mojego ciała i czułam ból przy oddychaniu.
Wstałam
z łóżka, ciągnąc za sobą kroplówkę. Na stoliku stały kwiaty. Moje
ulubione.
Do bukietu była przyczepiona karteczka:
„Przepraszam, że nie mogę tam być przy
tobie. Niall”
Uśmiechnęłam
się sama do siebie.
To urocze z jego strony. Jednak nadal nie miałam gdzie
mieszkać. Na razie. Dopóki nie wypuszczą mnie ze szpitala mam czas na
wymyślenie jakiejś opcji.
Wybrałam
się na spacer po szpitalnym oddziale. Było tam wiele ludzi. Jedni starsi, inni
młodsi, jeszcze inni byli z dziećmi. Zatrzymałam się przy dużych szklanych
drzwiach.
Zobaczyłam
za nimi małe dzieci, leżące smutne w swoich łóżkach. Nie czerpały tu żadnej
radości z życia, którego tak niewiele im pozostało.
Weszłam
tam po cichu i przywitałam nieśmiało dzieci. Przyjęły mnie bardzo ciepło.
Poprosiłam pielęgniarkę o farby, pędzelek i kubek wody. Razem z dziećmi
zajęliśmy się ożywieniem tej smutnej sali.
Każde dziecko odbiło na ścianie swoją dłoń. Wszystko razem tworzyło
łańcuch złożony z rąk.
Nazwaliśmy
go „ łańcuchem Nadziei”.
Każdy
powinien mieć nadzieję.
Kiedy ją tracimy to tym samym skazujemy siebie na
porażkę.
Wróciłam
do siebie do pokoju otworzyłam okno na oścież i usiadłam na parapecie zastanawiając się co nowego
przyniesie mi nowy dzień.




